Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? - Lalelelang wysunęła do przodu rejestrator, starannie uwieczniając otoczenie.
Stali blisko krawędzi stanowiącej najdalej na północ wysunięty koniec wcinającej się w skały zatoki, której ujście zajęte było przez umocnioną bazę Gromady. Widać tam było pojedynczy poduszkowiec, zbliżający się do platformy lądowiska. Trzymał się blisko skał, wykorzystując je dla osłony. Siedemdziesiąt metrów niżej, zielonkawe morze Chemadii waliło w jasny granit klifu. Pył wodny odrywał się od grzbietów wściekłych fal i unosił się wysoko w górę, mocząc jej pióra. Wiedziała, że jej towarzyszowi wilgoć nie przeszkadza. Ludzie tolerowali skrajne odmiany klimatu.
Dwuosobowy ślizgacz zaparkowany za nimi czekał, by ich odwieźć z powrotem do bazy. Pułkownik Straat-ien podszedł do niej tak blisko, że fizycznie czuła jego wielkość. Taka bliskość niepokoiła ją, ale nie dawała tego po sobie poznać.
- Pomyślałem, że może będziesz chciała zobaczyć całą bazę z lotu ptaka. To przecież miejsce akcji dla reszty twojego materiału. Poza tym, tutaj w górze jest pięknie.
- Zgadza się, ale interesuję się tylko działaniem jednostek. - Machnęła ociekającym wilgocią skrzydłem. - To jest podręcznikowe tło. Jeśli chodzi o estetykę, mogę jedynie abstrakcyjnie podziwiać nieuporządkowaną dzikość, która tak się wam, Ziemianom podoba. Jako Wais, preferuję scenerię, która została gustownie przepojona ładem cywilizacji.
Byli całkiem sami. Baza działała już od jakiegoś czasu i wspaniałe widoki przestały już przyciągać nowością. Wydawało mu się, że w pobliżu horyzontu dostrzegł kilka monstrualnych głowonogów, które o tej porze roku wędrowały na południe. Płynęły zrywami, poruszając się skurczami potężnych, rozszczepionych ogonów. Ich krótkie macki skierowane były w dół, jak miecz w kilu starożytnego żaglowca.
Grzmiące fale waliły w podstawę klifu pod nimi.
Chociaż motywy tej wyprawy były całkiem prozaiczne, pomyślał, że jego obecne położenie bardzo przypomina sytuację bohaterów melodramatycznych romansów z gatunku serce i szpada. Przyłapał się na tym, że bez przerwy wpatruje się w tył Waisa, w długie, ubrane w lekką materię nogi, zakończone obutymi w sandały, trójpalczastymi stopami, w przyozdobiony tułów, w smukłą, giętką szyję. Ona również przyglądała się migrującym lewiatanom, a nieodłączny rejestrator mocno ściskała chwytnymi wypustkami prawego skrzydła. Zdziwiłby się, gdyby ważyła więcej, niż trzydzieści kilo.
Waisowie stracili umiejętność fruwania miliony lat temu. Gdyby spadła z krawędzi skały, jej szczątkowe lotki mogłyby spowolnić upadek tak znacznie, że uderzenie o podnóże skał niekoniecznie musiałoby być śmiertelne. Wspominała, na wpół żartobliwie, o skromnych możliwościach szybowania, ale na pewno byłaby ogłuszona. A Waisowie, podobnie jak większość ras Gromady, nie potrafili pływać. Jedno potężne uderzenie wody o granit szybko zakończyłoby sprawę. Nie ocalałaby. Jej ciało byłoby zdruzgotane, a szczątki rozproszone.
Na szczycie skały nie było poręczy zabezpieczających, ani oznaczonych szlaków. Poślizgnięcie się, czy silniejszy podmuch wiatru wystarczyłyby, aby przesądzić los tak kruchego stworzenia. Wszyscy myśleliby, że próbował ją ocalić. Nie przeprowadzano by śledztwa.
Jeśli stawiałaby opór, co było zupełnie nieprawdopodobne, jeden szybki ruch obu rękami i krucha szyja trzasnęłaby jak plastikowa rurka. Morze zatarłoby prawdziwą przyczynę śmierci.
Zerknął do tyłu. Byli równie samotni, jak w chwili przybycia na skałę. Zgiął i wyprostował palce. Pomimo fizycznej bliskości, nie odsunęła się od niego. W końcu ufała mu bezgranicznie. Bo i dlaczego miałaby nie ufać? Jakiż powód miałby ziemiański oficer, by wyrządzić krzywdę waisowskiemu historykowi?
Racjonalne rozumowanie było głęboko zakodowane w jego głowie, właściwie było jego nieodłączną częścią, której istnienia, ani roli nie mogła nawet podejrzewać.
Zdawał sobie sprawę, że siostrom z triumwiratu będzie jej brakować, ale sama mu powiedziała, że nie ma partnera, ani potomstwa. Żyła samotnie na peryferiach waisowskiej społeczności. Znacznie większy lament na wieść o jej zgonie rozlegnie się w kręgach zawodowych, niż osobistych.
Zbliżył się do niej o następny krok. Daleko, w dole bezlitosne fale żarłocznie waliły w nagą skałę. Nie zależało mu na tym, by próbować ukryć nagły ruch, więc gdy jej głowa obróciła się na szyi, by na niego spojrzeć, oczekiwał tego. Duże błękitne oczy zaczęły się jeszcze powiększać, a pióra zadrżały w geście, który byłby pełen znaczenia dla drugiego Waisa.
Jego ręce pozostały przy udach. Musiał być pewien.
- Dużo mi już opowiedziałaś o swojej pracy. - Wyczuł, że jest zdenerwowana i kontynuował, używając tej części umysłu, którą równocześnie starał się ochronić. - Ale mam uczucie, że jest coś szczególnie intrygującego, co podejrzewasz, lub nawet odkryłaś. Coś, czego wolisz nie omawiać ze mną, pomimo tych wszystkich rozmów, któreśmy przeprowadzili i całego tego czasu, który spędziliśmy ze sobą.
Zachwiała się lekko, nie zdolna stawić jego umysłowej sondzie większego oporu, niż każdy Massud, czy S'van.
- Nie, ja... - zamrugała, oddychając głęboko, jakby jakiś silny narkotyk nagle dostał się do jej organizmu. - Ma pan rację, pułkowniku Nevan, jest coś takiego.
No, teraz się wszystko wyjaśni, pomyślał z napięciem. To będzie proste; złamać szczupłą szyję, podnieść bezwładny kształt i wyrzucić go poza krawędź klifu. Krótki błysk opalizującego pióropusza i świecących ozdób z paciorków i już jej nie będzie. Wszystko się skończy w przeciągu sekundy. Jego obawy i wątpliwości zostaną połknięte wraz z ciałem Waisa przez okrutne morze. Wraz z Connerem będą mogli przestać się bać.
Ale najpierw chciał to od niej usłyszeć.
- No więc - ponaglił ją niecierpliwie - cóż to jest?
Nachylił się nad nią.
Bała się, ale nie mogła się poruszyć. Zupełnie tak, jakby jej stopy wtopiły się w kamień, unieruchamiając ją w tym miejscu. Ledwo zdawała sobie sprawę, że udziela odpowiedzi na jego pytanie. To było bardzo dziwne, bowiem nie miała zamiaru z nikim się dzielić swoimi podejrzeniami. Były potencjalnie zbyt niebezpieczne, zbyt złowieszcze, by je odkryć nawet przed swoimi pobratymcami. Całkiem dobrze orientowała się, jakie byłyby konsekwencje, gdyby powiedziała o tym Ziemianinowi.
Nie miało już znaczenia to, że wywnętrzała się przed pułkownikiem Nevanem. Pomimo szczerej troski, jaką wykazywał wobec niej, coś w jego oczach, w jego postawie zdradzało kim jest. Równie dobrze jak on poznała jego pochodzenie.
- Moje badania - usłyszała kogoś mówiącego wyraźnie i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to jej własny głos - doprowadziły mnie do pewnych bardzo niepokojących konkluzji. - Spróbowała na tym poprzestać.
Ale jemu to nie wystarczyło:
- Kontynuuj.
Przelotnie zastanowiła się, dlaczego nie może go zignorować. Jak woda przez popękane ściany zapory, tak jej wieloletnie obawy zaczęły się z niej wylewać.
- To jest coś, z czego zdałam sobie sprawę dopiero po wielokrotnym przestudiowaniu nagromadzonej wiedzy.
- Po tym, jak byłaś świadkiem spotkania sierżanta Connera z oddziałem uciekających Massudów w trakcie bitwy o deltę - podsunął jej ponuro.
- To z pewnością stanowiło część tej wiedzy.
- Przypuszczalnie to wszystko łączy się z informacjami, które uzyskałaś obserwując mnie - dodał ponuro.
- Naturalnie. - Zdała sobie sprawę z tego, że stał tak blisko niej, że aż zasłaniał słońce. A przecież nawet nie był specjalnie duży, jak na Ziemianina. Silne, zręczne, zabójcze palce zginały się i prostowały na końcach jego dłoni.
- Jak również z tym, czego dowiedziałam się obserwując Ziemian w walce, tu i na Tiofie.
Do jego głosu wkradła się niepewność. Dla Waisa było to tak czytelne, jak zmiana koloru.
- Z tym wszystkim?
- Oczywiście.
Cofnął się o krok, najwyraźniej zdezorientowany. Była mu wdzięczna za to częściowe ustępstwo, nie dbając o to, co je spowodowało.
- Chyba czegoś nie rozumiem. Czy chcesz powiedzieć, że w spotkaniu sierżanta Connera z Massudami nie zauważyłaś niczego nadzwyczajnego i godnego uwagi? Że nic takiego nie wynika z obserwowania mnie?
- To tylko potwierdzenie tego, co przepowiedziałam z obserwacji innych Ziemian. Czy powinno być inaczej? - Jej własne zmieszanie zwiększyło się.
- Nie. Nie, oczywiście, że nie - zgodził się, nieco zbyt pospiesznie. - Zapomnij o tym. To nie jest ważne. Nie bardziej, ani nie mniej, niż reszta twoich spostrzeżeń.
Przyjęła sugestię. Naturalnie.
- A więc opowiedz mi o swoich wnioskach - ponaglał ją szczególnym tonem. - O tym, czego się dowiedziałaś badając nas.
Poczucie otwartości, którego istnienia nawet nie podejrzewała, o mało jej nie rozsadziło.
- Wszystko, co widziałam, wszystko, czego byłam świadkiem, potwierdza hipotezę, którą sformułowałam jeszcze przed rozpoczęciem badań poza moją planetą. - Słony wiatr mierzwił jej pióra. Na krawędzi klifu robiło się coraz zimniej. - Używając moich własnych obserwacji dotyczących relacji Ziemianie - inne gatunki jako odskoczni, stworzyłam program komputerowy by dokonać pewnych eksperymentalnych ekstrapolacji, do których włączyłam również prace innych badaczy, zarówno dawnych jak i współczesnych.
Czuła się tak, jakby prowadziła seminarium dla pojedynczego studenta. Zdawała sobie sprawę z tego, że zdecydowanie za dużo przed nim odkrywa - siebie samą, a również swoją wiedzę, ale nic nie mogła na to poradzić. Coś ją zmuszało do tych wynurzeń.
- Zdecydowałam się na tę podróż badawczą w nadziei znalezienia faktów zaprzeczających mojej teorii, a nie potwierdzających ją.
- Chcesz powiedzieć, że szukałaś tu na Chemadh i wcześniej na Tiofie czegoś, co unieważniłoby pracę całego, twojego życia?
- Tak. - Odkryła, że już się może poruszyć. Była przykuta do tego miejsca nie naprawdę, a tylko mocą umysłu. - Zaczęłam się zastanawiać, co się stanie, jeśli Ampliturowie zostaną w końcu pokonani.
- Nie, jeśli, kiedy. - Straat-ien przemówił językiem dobrego żołnierza.
- Wszystko jedno - odrzekła niecierpliwie. - To się z pewnością zbliża. Wojna weszła w zupełnie nową fazę jakieś dwieście lat temu. Przedtem zawsze udawało im się wynaleźć jakąś nową broń, jakąś nową strategię, coś, dzięki czemu mogli kontratakować, dzięki czemu znów mogli górować nad Gromadą. Dwieście lat temu Gromada zyskała nowego sprzymierzeńca, Ziemian. I to wywarło wpływ na wojnę.
- Robiliśmy, co było można. - Teraz już całkowicie zdezorientowany Straat-ien, zastanawiał się, do czego zmierza.
- Co się stanie, kiedy Ampliturowie zostaną całkowicie pobici? Co się stanie, kiedy nie będą już w stanie dłużej prowadzić wojny Celu przeciw nam i wszystkim pozostałym gatunkom? Kiedy wszystkie podbite przez nich rasy zostaną uwolnione od podstępnych genetycznych i umysłowych manipulacji, którym były poddawane?
- Może zabrzmi to zwyczajnie - ostrożnie odpowiedział Nevan - ale myślę, że to oznaczałoby, iż wojna się skończy i zapanuje pokój.
- Jeśli mam racją, to te dwie rzeczy mogą się wzajemnie wykluczać - stwierdziła zagadkowo.
- Dlaczego nie miałoby być pokoju, jeśli nie byłoby już żadnej wojny? Wszyscy rzucą walkę i pójdą do domu.
- Wszyscy? - Patrzyła prosto na niego. Przez moment poczuł się, jakby to on był ogarnięty paraliżem umysłowym.
- Jeśli mówisz o moim gatunku, powrócimy do pokojowych zająć, jak każdy inny. I może wystąpimy o pełnoprawne członkostwo w Gromadzie. Będziemy dalej robić na Ziemi to samo co robiliśmy, zanim Gromada nas odkryła i wciągnęła do tej wojny.
- Potwierdzasz moje najgorsze obawy.
- O co ci chodzi!? - oponował. - Studiowałem naszą własną historię. W czasie, gdy przybył do nas na Ziemię pierwszy statek Gromady, nie toczyła się tam żadna poważna wojna.
- Według czyich standardów? Na Ziemi nigdy nie było pokoju, podczas gdy Ziemianie oddawali się swoim "pokojowym zajęciom". Zanim podjęliście walkę z Ampliturami i ich pomocnikami, bez przerwy wojowaliście między sobą. Jesteście jedyną inteligentną rasą, która tak robiła. To było odchylenie od naturalnego prawa, zrodzone przez waszą unikalną planetę i wasz ewolucyjny rozwój.
- Wyrośliśmy już z tego - spierał się Straat-ien. - Ujarzmiliśmy naszą, zamierzchłą historią. Mówisz o wczesnych Ziemianach, popełniających błędy. Długotrwały związek z cywilizowanymi gatunkami Gromady na zawsze zmienił nasze społeczeństwo.
- Tak, ale czy zmienił was gruntownie? Przyjmijmy na chwilę moją hipotezę. Gdy skapitulują Ampliturowie, z kim będziecie walczyć?
- Z nikim. Nie będzie z kim walczyć.
- Nie jestem tego taka pewna. Myślę, że nastąpi krótki okres pokoju, jak długi oddech, po którym będziecie sobie musieli znaleźć kogoś nowego, z kim będziecie się mogli zmierzyć. To nie jest problem tkwiący w waszej społeczności. Ten problem zawarty jest w waszym DNA. Za bardzo lubicie konflikty. Jest takie powiedzenie: "Jeden człowiek to cywilizacja, dwóch ludzi to armia, a trzech - to wojna."
Nevan już niemal zapomniał dlaczego znajdują się na szczycie skały. Zorientował się, że ona nie podejrzewała absolutnie nic na temat Connera, jego, Kadry, ani szczególnego talentu, który nieświadomi Ampliturowie uaktywnili w umysłach renegatów, genetycznie zmienionych potomków ludzkości na Kossuucie. Zamiast tego, starannie chroniła podłą teorię, którą ukuła na długo przed przybyciem na Chemadię.
Z drugiej strony, zaczynał sobie powoli zdawać sprawę z tego, że jeśli Wais udowodni swoje przypuszczenia spowoduje wielkie zamieszanie, choć w zupełnie innej dziedzinie, niż ta, która spędzała mu sen z powiek.
- Zwrócicie się przeciw nam, przeciw Gromadzie. - Stwierdziła to z całym przekonaniem osoby całkowicie pewnej swego. - Wskazują na to moje projekcje. Ponieważ teraz znacie inne rasy i nie musicie już wadzić się wyłącznie między sobą, skończy się na tym, że rozpoczniecie konflikt z Waisami, albo S'vanami, może nawet z Massudami.
- Dlaczego mielibyśmy to zrobić? - Był szczerze skonfundowany. - Dlaczego mielibyśmy rozpoczynać nową wojnę z tymi, którzy przez setki lat byli naszymi sojusznikami?
- Bo nie potraficie się powstrzymać. Rozwój waszej cywilizacji zawsze był powodowany i przyspieszany konfliktami. Swoich największych technologicznych postępów dokonywaliście w czasie wojen. O tym wszystkim świadczy wasza historia. Dużo nie będzie trzeba, tu podejrzenie, tam wyimaginowane zagrożenie. Przewiduję, że najpierw będziecie bić się z Massudami. To będzie dla was bardziej satysfakcjonujące, niż zaczynanie walki na przykład z Hivistahmami.
- Myślę, że twoje wnioski są głupie - powiedział jej stanowczo. - Pamiętaj, wywodzisz je z perspektywy Waisów, nadnaturalnie wrażliwego gatunku.
- Nie ma nic wrażliwego, ani nadnaturalnego w modelach komputerowych, jakie uzyskałam.
- Sprzęt, którego używałaś był skonstruowany przez Waisów, albo Hivistahmów.
- Teraz sam się łudzisz. - Złajała go poprzez mgłę, ciągle spowijającą jej umysł. - Uwierz mi, nic nie sprawiłoby mi większej radości, niż rozbicie w pył mojej teorii. Niestety, zebrane do dziś dowody jeszcze ją potwierdzają.
Zamyślił się.
- Teraz widzę, dlaczego nie chciałaś nikomu o tym mówić.
- Tak, więc dlaczego teraz mówię tobie? - Zastanawiała się jakaś jej część. Dlaczego ci muszę ufać? Nie jesteś nawet naukowcem.
- A co twoi koledzy myślą o tej teorii? - zapytał.
- Jeszcze z nikim się nie dzieliłam moją wiedzą. Ciągle widzę możliwości obalenia mojego modelu. Ale mam coraz mniej nadziei.
- Czy on zamierza zrobić mi krzywdę? pomyślała nagle. - Może nawet zabić? Czy właśnie dlatego znaleźliśmy się w tym odosobnionym miejscu? - Zaczęła dygotać. Prowadziła swoje badania bardzo ostrożnie. To było nie do pomyślenia, żeby się mógł czegoś domyśleć. Nikomu nic nie mówiła, nawet swoim dwóm towarzyszkom z triady. Ale on przecież nie musiał się niczego domyślać, uświadomiła sobie. Właśnie przed chwilą wszystko mu powiedziała. - Dlaczego? - Co ją opętało? Co sprowokowało tę falę pytań, którym nie mogła się oprzeć?
Jeśli jej teorie przedostaną się do wiadomości publicznej, a następnie zostaną potwierdzone przez niezależne źródła, może to poważnie popsuć stosunki między Ziemianami a Gromadą. Taka sytuacja wprawi w zachwyt jedynie Ampliturów, którzy pospieszą, by wykorzystać wewnętrzny rozłam, który zawsze zagrażał jedności Gromady.
Na tę samą myśl wpadł niezależnie Straat-ien:
- Czy Ampliturowie mogli zaszczepić ten pomysł w waszych umysłach, licząc na to, że zasieją niezgodę w Gromadzie? Wiesz, że potrafią "zasugerować" każdego, oprócz Ziemian.
- Nigdy nie znalazłam się w pobliżu żadnego Amplitura, ani żywego, ani martwego. - Jej odpowiedź była szybka i zdecydowana. - Z całą pewnością żaden z nich nie odwiedził mojej ojczystej planety,
- Jeśli któryś tam był, mógł sugestią usunąć wiedzę o tym z twojej pamięci - skontrował.
- Więc dlaczego teraz ci o tym wszystkim mówię?
Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć. Lepiej było zmienić linię pytań.
- Przyjmijmy, że twoja praca nie jest inspirowana przez Ampliturów. Ale jesteś jedynym historykiem, który tak myśli. Dlaczego tylko ty doszłaś do tak radykalnych wniosków?
- Co nasuwa ci myśl, że jestem osamotniona? - odrzekła poważnie.
To go zaskoczyło.
- Może ktoś jeszcze samodzielnie osiągnął takie same wyniki?
- Tego nie powiedziałam. Zasugerowałam jedynie, iż być może naukowcy zajmujący się innymi dziedzinami, mogli dojść do identycznych wyników różnymi drogami i zachowują milczenie z tych samych co ja powodów.
Podniósł odłamek skały i bawił się nim przez chwilę, po czym cisnął go w przepaść. Kamień znikł w pyle i w pianie, kipiącej w dole.
- Wiesz - powiedział miękko - od pierwszego spotkania Gromada zachęcała nas, byśmy się stali jeszcze lepszymi wojownikami, niż kiedykolwiek byliśmy zanim nas odkryto.
Zamrugała i lekko się zachwiała, nim odzyskała równowagę:
- Nagle poczułam zawrót głowy.
- To przejdzie - zapewnił ją obojętnie. - Po prostu nie jesteś przyzwyczajona do morskiego powietrza i wiatru.
- Tak. - Mgła, która ciężką, grubą warstwą przesłaniała jej umysł i mieszała myśli, nagle się rozproszyła. - Macie powiedzenie, co prawda mało subtelne, jak większość waszego języka, ale mimo to bardzo opisowe, o złapaniu "tygrysa za ogon".
Obrócił się twarzą do niej, z rękami wbitymi w rozcięcia kieszeni cienkiej kurtki.
- Zgadza się. I Gromada udała się na poszukiwania i znalazła sobie tygrysiątko i siłą karmiła je steroidami, żeby mogło jak najszybciej zabrać się za Ampliturów.
- Właśnie tak. Wkrótce nie będziemy już mieli więcej mięsa, by rzucać je tygrysowi. Jestem mocno przekonana, że każdy, kto wierzy, że on dobrowolnie i łatwo przestawi się na warzywa, jest naiwny.
- Każde stworzenie można przyzwyczaić do nowego pokarmu - mruknął Straat-ien.
Wykonała skomplikowany gest, waisowski odpowiednik negacji.
- Teoretycznie. Ale czy tygrys pozwoli, by jego kły i szpony zanikły w wyniku atrofii? Czy będzie tego chciał?
Nie odpowiedział.
- Największą przyjemność w życiu dałoby mi obalenie tej hipotezy - zapewniła go.
Pokiwał głową. Ale żeby już całkowicie uspokoić swój umysł, powiedział bez ogródek:
- Ci z nas, którzy wywodzą się z Kossuut, mieli nawet więcej powodów, niż pozostali ludzie, by chcieć wykorzystać swoje umiejętności w walce. - Obserwował ją uważnie.
W jej odpowiedzi nie zauważył ani podstępu, ani wahania:
- Potrafię to zrozumieć. Jako historyk, specjalizujący sie w sprawach Ziemian, znam działalność Ampliturów na tym nieszczęsnym świecie, choć myślałam, że po stu latach nienawiść trochę już osłabła.
- Mamy długą pamięć - odpowiedział jej.
Teraz był już całkowicie pewien. Nic nie wiedziała, ani nic nie podejrzewała na temat istnienia Kadry, czy specjalnych umiejętności jej poszczególnych członków.
Był o krok od popełnienia morderstwa, od zabicia sprzymierzeńca, właściwie osobistego przyjaciela, za nic.
Tyle, że teraz mogła zostać równie łatwo zgładzona, by zlikwidować teorię, którą rozwinęła, i która zagrażała nie tylko jemu i jego kolegom, ale wszystkim związkom Ziemian z Gromadą.
- Czy masz zamiar rozpowszechnić swoją teorię?
- Jeszcze nie teraz. Zdaję sobie sprawę z zagrożeń tkwiących w niej i jak już powiedziałam, chętnie dam się przekonać o jej nieścisłości. Poświęciłam wiele lat na jej konstruowanie. Nie sądzę, żeby można łatwo ją obalić.
Zupełnie nieoczekiwanie dla siebie, powiedział:
- Może będę mógł ci pomóc.
- Dlaczego chciałbyś mi pomóc? Myślałam... myślałam, że raczej będziesz chciał mnie powstrzymać. - Potrząsnęła głową. - Nawet nie wiem dlaczego ci to wszystko powiedziałam. Zachowywałam tajemnicę nawet przed moimi kolegami.
- Nie możesz tego wiecznie ukrywać - powiedział jej. - Jeśli ty z tym nie wystąpisz, ktoś inny to w końcu zrobi. Lepiej teraz obalić tę hipotezę. Jestem zdumiony, że z nikim wcześniej nie dzieliłaś swoich myśli. Może łatwiej jest porozmawiać na ten temat z przedstawicielem innej rasy. - Nie było to błyskotliwe wyjaśnienie, pomyślał, ale na razie musi wystarczyć.
- Nie chcę cię urazić, Nevan, ale najpierw zaufałabym swoim kolegom, a dopiero potem obcemu.
- Nie czuję się urażony. Zgaduję więc, że to coś w tobie samej zdecydowało, iż nadszedł czas, by wyrzucić to z siebie, a ja jestem względnie bezpiecznym odbiorcą. Może to nasze odosobnienie ma z tym coś wspólnego. - Wskazał ręką w stronę morza i skał. - Jakkolwiek by nie było, nie musisz się martwić, że zaraz pobiegnę z tym do najbliższego przedstawiciela mediów. Dostrzegam zagrożenie i zachowam twój sekret.
- Jak mogę być tego pewna?
- Masz moje słowo oficera i Ziemianina. Ty utrzymujesz, że twoje informacje potwierdzają nieuchronność konfliktu Ziemianie - Gromada. Ja zaś twierdzę, iż jest inaczej i zrobię wszystko co mogę, by udowodnić, że się mylisz.
Zrobiła gest, którego znaczenia nie znał.
- Przyjmuję twoją ofertę. Może ludzki punkt widzenia ujawni skazy w mojej pracy, których ja sama nie mogę ujrzeć.
Odwróciła się i ruszyła w stronę ślizgacza, który na nich czekał. Szedł obok, spowalniając swój długi krok, by dopasować się do jej drobienia.
- Jak możesz mi pomóc? - Pozwoliła, aby fotel pojazdu dopasował się do kształtu jej ciała. - Jesteś żołnierzem polowym, przydzielonym do działań w aktywnym teatrze wojny.
- Mam trochę zaległego urlopu, którego nie miałem okazji wcześniej wykorzystać. Ponownie kontrolujemy deltę i górny obszar rzeki i myślę, że dowództwo poradzi sobie jakiś czas beze mnie.
- Nie będzie ci brakowało tej rzeźni? Z moich doświadczeń wynika, że jeśli Ziemianie zostaną pozbawieni udziału w jakimś konflikcie przez zbyt długi okres, zaczynają wykazywać objawy dysorientacji psychicznej.
- Oczywiście z tą uwagą również się nie zgadzam. Po prostu walka jest tym, do czego nas przygotowano. - Włączył silnik ślizgacza. Cichy warkot rozległ się pod ich stopami.
- Walka to jest to, do czego jesteście genetycznie predysponowani. Był kiedyś Ziemianin, osobnik, który, jak wynika z moich badań nad waszą historią, nie chciał być tak sławnym, jak się stał. Doprowadził do pierwszych spotkań pomiędzy Gromadą a waszym gatunkiem.
- Pewnie, - Straat-ien musiał mówić przez interkom, gdyż ślizgacz wzniósł się w powietrze, wzniecając kurz i powodując hałas. - Muzyk - kontakt William Dulac. Nauka o nim jest częścią normalnego programu szkolnego. Dotyczy to również Caldaqa, Jaruselki i całej reszty. To są nazwiska, których nie da się zapomnieć.
- Czy wiesz, że przez wiele lat po nawiązaniu wstępnego kontaktu, Will Dulac próbował udowodnić, iż Ziemianie nie są z natury skłonni do walki?
- Wydaje mi się, że czytałem coś o tym wiele lat temu. Dulac był genialny w wielu dziedzinach, ale w tym akurat bardzo się mylił. Teraz o tym wiemy. - Zachichotał. - Po muzyku można się spodziewać takiej pomyłki. To, że lubimy walczyć i że jesteśmy w tym dobrzy nie oznacza, iż musimy bez przerwy walczyć. Kiedy wojna się skończy, skończy się na dobre.
Zwiększył szybkość i skierował pojazd w dół, w stronę bazy.
- Jesteśmy inteligentnymi, racjonalnymi istotami, Lalelelang, nawet jeśli nie jesteśmy całkowicie ucywilizowani, według standardów Waisów. Nie jesteśmy jakąś maszyną, która wyrwała się spod kontroli i której wszyscy muszą się bać.
- To wasza inteligencja czyni was tak groźnymi.
- Cóż, na razie uczyni mnie pomocnym. Mam dostęp do wojskowych dokumentów i urządzeń, do których ty go nie masz i możemy użyć podprzestrzennych połączeń, by skorzystać z dowolnej biblioteki. Ty masz dostęp do źródeł waisowskich i może jakichś innych. Spróbujmy krzyżowo korelować niektóre informacje, a następnie udostępnić je twoim analitycznym programom i zobaczmy, co nam z tego wyjdzie.
- To jest coś, co już od dawna chciałam zrobić, ale nie mogłam na to uzyskać właściwej autoryzacji. - Kiwała głową w ludzkim geście, bezbłędnie wykonanym.
Czuł przypływ optymizmu, odnośnie przyszłości. Najpierw odkrył, że ona absolutnie nie podejrzewa istnienia Kadry, a teraz, oferując informacje, do których dostępu jej odmawiano, doprowadzi do tego, że wspólnie obalą tę jej absurdalną, wywrotową teorię. Poza tym, nie został zmuszony do popełnienia morderstwa tam, na klifie.
- Masz dostęp do wszystkiego? - zapytała.
- Niezupełnie. Nie mam najwyższego stopnia dopuszczenia. Ale z pewnością mogę dotrzeć do materiałów, których tobie nigdy nie pozwolą zobaczyć. Tego brakowało w twoich badaniach: wkładu Ziemian. Byłaś zmuszona oprzeć swoje studia wyłącznie na obserwacjach własnych i dostarczonych przez innych obcych. Możemy to zmienić. - Trącił drążek sterowy i mały, znakomicie zaprojektowany poduszkowiec runął w dół niedostępnego dla innych pojazdów zbocza. - Pod warunkiem, że będziesz mogła ze mną współpracować.
- Na Tiofie blisko współpracowałam z ludzką samicą. Poświęciłam swoje życie na studia nad waszym gatunkiem. Dlaczego miałabym uznać twoją obecność za odpychającą?
- Nie chciałem, żeby to brzmiało lekceważąco. Tylko że tak trudno przyzwyczaić się do myśli o Waisie, który nie obawia się Ziemian. Twoi współbracia albo uciekają, gdy widzą, że ktoś z nas się zbliża, albo odsuwają się w najdalszy koniec pomieszczenia. No ale przecież ty nie jesteś przeciętnym Waisem.
- Każdy mi to powtarza.
Straat-ien coraz bardziej zapalał się do rysującej się przed nimi współpracy, już planując swój atak na rozmaite biblioteki.
- Zadusimy ten twój analityczny program faktami i danymi i zmusimy go do zmiany melodii. Wbijemy w procesor twojego komputera trochę ziemiańskich realiów.
- Posłuchaj sam siebie. Podchodzisz do badań tak samo, jak do ataku na pozycje Krygolitów. To właśnie jest typowe, ludzkie podejście. Nawet twoje podstawowe skojarzenia oparte są na analogiach związanych z konfliktem.
- To tylko sposób wysławiania się - bronił się. - Nie możesz nadawać temu daleko idących socjalnych znaczeń.
Zjechali ze zbocza góry i pędzili w kierunku bazy, unosząc się kilka metrów ponad biegnącymi w stronę brzegu falami wąskiej zatoki. Duży, morski drapieżnik próbował chapnąć ślizgacz, ale beznadziejnie spudłował.
- A co będzie, jeśli zrobimy to wszystko i nowe informacje, które zdobędziesz, zamiast zanegować, potwierdzą wyniki mojej pracy?
- Nie sądzę, żeby tak się stało. - Próbował nadać swojemu głosowi zdecydowane brzmienie. - Twoja praca od początku była wypaczona przez materiały źródłowe, których używałaś. Potrzebuje czegoś do osiągnięcia równowagi, a ja ci to dostarczę.
- A jeśli nie - pomyślał - zawsze mogę sprawić, że o wszystkim zapomnisz.
Przełożeni nie byli specjalnie zaskoczeni jego prośbą o urlop. Utrata modułu dowodzenia w delcie i wielka akcja w celu odbicia jej wystarczała, by zmęczyć każdego żołnierza, szczególnie takiego, który obarczony był odpowiedzialnością związaną z dowodzeniem w polu. Jego prośba została spełniona bez słowa komentarza.
Jedynie Conner zastanawiał się nad tym, ale jako sierżant, nic nie mógł powiedzieć. Pomimo ich odległego pokrewieństwa, Straat-ien był jednak pułkownikiem, a Conner tylko podoficerem. Przyjął wyjaśnienia Straat-iena, że Wais nie wie o istnieniu Kadry, ponieważ nie miał żadnych powodów, by mu nie wierzyć. Na razie się rozstali.
Straat-ien poprosił i otrzymał pozwolenie na spędzenie urlopu w Bazie Tamerlane. Jako oryginalna instalacja Gromady na Chemadii, znajdowała się teraz daleko od obszarów, na których toczyła się walka i była prawie całkiem bezpieczna. Mógł wraz z Lalelclang realizować swoje plany we względnym komforcie. Baza Tamerlane była też domem większej niż Atilla ilości personelu pomocniczego. Waisowska historyczka od czasu do czasu chętnie relaksowała się, w towarzystwie Hivistahmów, O'o'yanów, czy S'vanów.
W odpowiedzi na jej żądania i pod jej kierunkiem rozpoczął badania przy pomocy rozmaitych miejscowych łączy, a także wykonał szereg połączeń podprzestrzennych z ośrodkami badawczymi na innych światach. Posiadany przez niego wysoki stopień dopuszczenia dawał mu prawo do korzystania z urządzeń, które były nieosiągalne dla kogoś znajdującego się niżej w hierarchii. Conner, na przykład, daleko by nie zaszedł z takimi badaniami.
Ich działalność skoncentrowana była wokół biblioteki bazy, skromnej i nieuczęszczanej dobudówki do głównego budynku dowodzenia. Widząc, jak zastrzeżone informacje, których nigdy nie byłaby w stanie zdobyć, zapełniają pliki otworzonej przez nich wspólnie kartoteki, Lalelelang zapomniała o swojej początkowej niepewności. Cieszyła się, że może poddać drobiazgowej analizie szereg ciekawych dokumentów. Tak była zaangażowana wraz ze swoim ziemiańskim asystentem w badania, że oboje zupełnie ignorowali spojrzenia i uwagi tych wszystkich, którzy nie potrafili się powstrzymać od komentowania, często w ich obecności, tego niezwykłego związku.
Nic w powodzi nowych materiałów, które udało się zdobyć Straat-ienowi, nie osłabiło hipotezy Lalelelang. Każda informacja i każde sprawozdanie, które wprowadzali do komputera, zdawały się potwierdzać jej teorię. Nevan zaczynał się niepokoić... i zastanawiać się nad innym rozwiązaniem problemu.
W połowie drugiego tygodnia napływu informacji Straat-ien znalazł coś, co go zaintrygowało. Coś, co było punktem zwrotnym, jeśli nie czymś więcej. Wyczulona na ludzkie emocje i reakcje Lalelelang szybko wyczuła jego podniecenie, Nie pytała o powód. Byłoby to niewybaczalne i niegrzeczne, a nawet całkowicie... ludzkie. Jeśli było to coś, czym zamierzał się z nią podzielić, wiedziała, że kiedyś wreszcie o tym wspomni. W międzyczasie zajęła się swoimi własnymi sprawami, których obecnie miała rozkoszny przesyt.
Minął jeszcze jeden tydzień, zanim zdecydował się jej zwierzyć. - Ponieważ Lalelelang władała ziemiańskim językiem równie dobrze jak on, a lepiej niż wielu Ziemian, pozwolił jej operować sterowanym głosem terminalem, na którym pracował.
- Widzisz to tutaj? - Zwrócił jej uwagę na fragment tekstu widoczny na ekranie.
Jej szyja wygięła się do przodu prężnym, muskularnym łukiem.
- To pochodna jednego z moich programów, ale nie rozpoznaję korelacji.
- Patrz dalej. Nie sfabrykowałem tego, żeby ci namieszać w głowie. Potwierdź to inną metodą, jeśli chcesz. To jest prawdziwe.
Sterowała terminalem bardzo efektywnie, nakładając jego program na swój własny centralny procesor. Robiła to lepiej, niż on, ale można się było tego spodziewać.
Gdy skończyła, wszystko powróciło do wyjściowego położenia. Jej zbudowana z drobnych kości czaszka zwróciła się w jego stronę.
- To jest z pewnością bardzo interesujące. Może nawet rewolucyjne. Ale nie potrafię dostrzec żadnych związków z twoją bieżącą pracą.
- Spróbuj jeszcze raz. Czy nie uważasz tego za wystarczająco prowokujące, by to zbadać?
- Właśnie to samo powiedziałam, ale to jest ślepy zaułek. Nie ma możliwości, by prześledzić to dalej. A przynajmniej dla nas. Uśmiechnął się ponuro:
- Wręcz przeciwnie. Przedstawiciel wykrytego zniekształcenia znajduje się na Chemadii.
Wpatrzyła się w niego.
- Nie wiedziałam.
- Skąd miałabyś wiedzieć? Nikt nie wie. Ja też. Nie jestem wtajemniczony w wewnętrzne operacje głównego zespołu dowodzącego.
- Przypuszczam - powiedziała cicho - że obecność tego zespołu tutaj ma na celu realizację i kontrolę ziemiańsko - massudzkiej strategii.
- Tak. Tego się właśnie po nich oczekuje. I wszyscy myślą, że tylko to robią przez cały czas. - Wskazał na ekran. - Do tej pory nikt nie podejrzewał, że mogą również robić coś innego. Nikt by się nie ośmielił. Nie ma szans, by to odgadnąć, czy nawet wymyślić, ale jeśli zadasz właściwe pytania, to się to pojawi jako drobny błąd - w twoim programie, samorodek zagrzebany w nawale badań. Wygląda na to, że szukając rozwiązania jednej anomalii, natknęliśmy się na drugą. Może nawet równie istotną.
- Traktujesz to całkiem poważnie, prawda?
Gwałtownie machnął w kierunku ekranu:
- Popatrz na te dane. To ty się upierałaś, odkąd zaczęliśmy to robić, że tak długo, jak materiał do obróbki będzie dokładny, twój program nie może kłamać!
- Bo tak jest. Te wyniki mogą być źle interpretowane.
- Przyznaję, Więc co powiesz na to?
Z niepokojem przyjrzała się ekranowi.
- Już ci powiedziałam, nie wiem. To nie ma żadnego sensu.
- To dlatego, że rozumujesz jak przedstawicielka cywilizacji Gromady. Jeśli spojrzysz na to z ziemiańskiego punktu widzenia, rozbieżności i sprzeczności rzucają się w oczy.
Polecił terminalowi, by się wyłączył i maszyna podporządkowała się sumiennie.
- Zamierzam umówić się z osobnikiem, który nas interesuje. Nie będę dążył do konfrontacji, bo w tej chwili wszystko, czym dysponujemy, to garść abstrakcyjnych danych. Ale sprawa jest zbyt ważna, by ją zignorować, nawet, jeśli oznacza to, że nasza obecna praca zostanie zaniedbana. Nie ma potrzeby, ani powodu, żebyś też jechała.
- Bzdura. - Otrzepała pióra. - Oczywiście, że muszę jechać, bez względu na to, jak bardzo negatywny wpływ wywrze to na moje badania.
- Jeśli się nie mylę, jeśli moja interpretacja jest poprawna, może to być ryzykowne.
Wydała ćwierkający tryl, który był śmiechem Waisa.
- To absurdalne.
- Oczywiście, że tak. Równie absurdalne, jak wnioski twojego własnego programu.
- Twoja interpretacja tych wniosków - odgryzła się.
- Proszę, proszę - skomentował to z rozbawieniem. - Twój ton był niemal wrogi. Prawie ludzki.
- Proszę mi nie ubliżać.
- Teraz znów humor S'vanów. Może Gromada jest bardziej zintegrowana, niż myślą jej członkowie?
- Pojadę z tobą - powiedziała, świadoma tego, że okazała chwilowy, tym nie mniej niewybaczalny, brak manier - pod warunkiem, że obiecasz nie rzucać żadnych nieuzasadnionych podejrzeń. To, co tu widzimy, jest niczym więcej, jak twoją osobistą interpretacją pewnych wysoce spornych konkluzji.
- Wiem i prawdopodobnie się mylę. To jest niesamowite. To musi zostać sprawdzone, żebyśmy byli pewni. Implikacje są głębokie. - Widząc, że jakiekolwiek dalsze próby wyperswadowania jej tej podróży mogłyby jedynie jeszcze bardziej ją zaintrygować, a nawet wywołać jakieś podejrzenia, niechętnie przystał na jej żądanie.
- Poświęciliśmy dużo czasu próbując obalić jedną teorią - zakończył. - Mam nadzieję, że obalenie tej nowej zajmie nam tylko kilka minut.